Aktualności

Odszedł Edward Linde-Lubaszenko

Odszedł Edward Linde-Lubaszenko

Dotarła do nas rozdzierająca serce wiadomość o śmierci ・EDWARDA LINDE-LUBASZENKI・, który był członkiem zespołu naszego teatru od 1973 roku.
Odszedł jeden z najwybitniejszych polskich aktorów teatralnych i filmowych, którego artystyczna obecność przez ponad pięć dekad uświetniała polską scenę.


Uroczystości pogrzebowe odbędą się w Warszawie, w dniu 24 lutego, o godzinie 11.00 w Kościele Środowisk Twórczych (Plac Teatralny 18).
Następnie odbędzie się odprowadzenie na miejsce spoczynku na Powązkach Wojskowych.


Aktor o błyskotliwej inteligencji, pełen autoironicznego dystansu, zdyscyplinowany i konsekwentnie, odrzucający powierzchowny formalizm, pozornie chłodny – wydobywał najgłębiej pojętą prawdę psychologiczną granych postaci.
Urodzony w 1939 roku Linde-Lubaszenko zrezygnował z kariery medycznej, by oddać się pasji aktorstwa – decyzja ta zapoczątkowała jedną z najbarwniejszych dróg artystycznych zarówno w teatrze, jak w filmie i telewizji.
Jego nazwisko nierozerwalnie wiąże się z Narodowym Starym Teatrem w Krakowie, gdzie od 1973 roku był jednym z filarów zespołu aktorskiego i gdzie stworzył wiele pamiętnych kreacji, współpracując z najważniejszymi twórcami. Na scenie przy Jagiellońskiej mogliśmy go podziwiać jeszcze całkiem niedawno jako Stańczyka w „Weselu” w reż. Jana Klaty oraz Króla Fezu w „Księciu niezłomnym” w reż. Małgorzaty Warsickiej. W każdej roli Linde-Lubaszenko imponował głębią psychologiczną, inteligencją sceniczną i charakterystycznym głosem.
Artysta rozpoczął pracę w Starym Teatrze w okresie przełomowych osiągnięć tej sceny. Pracował z największymi indywidualnościami polskiego teatru: Jerzym Jarockim, Konradem Swinarskim, Andrzejem Wajdą, Krystianem Lupą, Tadeuszem Bradeckim. Jak sam wielokrotnie podkreślał, współpraca z Jerzym Jarockim (wziął udział w 21 przedstawieniach Mistrza) była szkołą pokory i mozolnej pracy w dochodzeniu do najgłębszych warstw aktorskiej świadomości. Szczytem osiągnięć artystycznych we współpracy z tym reżyserem była rola Łopachina w „Wiśniowym sadzie” Czechowa. Wielowarstwowa, oparta na subtelnych półtonach, z rozdzierającą sceną finałową – pozostała w pamięci widzów jako wyraz najwyższych osiągnięć aktorskiego kunsztu. Współpraca z Konradem Swinarskim miała podwójny charakter. Zagrał rolę Reżysera w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego (ostatniej inscenizacji artysty w Starym Teatrze), był też jego uczniem podczas reżyserskich studiów w PWST i asystentem przy realizacji „Hamleta” Szekspira (którą przerwała tragiczna śmierć reżysera).
Role zagrane w inscenizacjach Andrzeja Wajdy: zimny, ironiczny Chłopicki w „Nocy listopadowej” Wyspiańskiego; posągowy Duch ojca Hamleta w „Tragicznej historii Hamleta księcia Danii” Shakespeare’a; zdruzgotany samobójca Aleksy Kiryłow w „Biesach” Dostojewskiego doskonale wtopiły się w stworzoną przez reżysera przestrzeń „teatru totalnego”. Współpraca z Tadeuszem Bradeckim zaowocowała kreacjami ukazującymi ogromną intuicję w doborze środków wyrazu (wiodący zawiłe filozoficzne spory Jonasz Croft z „Wzorca dowodów metafizycznych”, równie niepokorny Bertolt Brecht w „Uczniach czarnoksiężnika” Kleberga czy pełen ironicznej kpiny, wiecznie pijany Bernardine w „Miarce za miarkę” Shakespeare’a). Znaczące w dorobku aktora są role charakterystyczne z doskonałym, wyrazistym w geście i ruchu, idącym pod prąd tradycji grania postaci Peachumem z „Opery za trzy grosze” Brechta (reż. Ryszard Major) i demonicznym, szaleńczym tytułowym Gyubalem Wahazarem Witkacego (reż. Romana Próchnicka) na czele.
Oprócz aktorstwa Linde-Lubaszenko był też pedagogiem oraz laureatem wielu wyróżnień — w 2024 roku otrzymał Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” za całokształt działalności artystycznej. Jego obecność na scenie, głos i gesty pozostaną na zawsze w pamięci widzów, a kolejne pokolenia aktorów i aktorek będą czerpać z jego przykładu oddania rzemiosłu scenicznemu.
Żegnamy Artystę, który dla polskiego teatru stał się wzorem prawdziwej, głębokiej i nieustannie poszukującej ekspresji. Dziękujemy za każdy gest, każdą kreację, każdy wieczór, który mogliśmy z nim spędzić. Niech pamięć o Edwardzie inspiruje nas do dalszego otwierania się na piękno teatru.

Powiązane artykuły